Następnego ranka, koło godziny 8 rano, chłopacy zostali zaskoczeni przez siedzącą już od jakiegoś czasu w studiu Sam.
- Czy ty kiedyś śpisz?
- W porównaniu do was nie imprezuję co noc, więc mam czas na sen. Niektórzy przekładają obowiązki nad przyjemności- ani razu nie spojrzała na nich, a wzrok miała wklejony w monitory.
Na to co słyszał, Brian z lekką irytacją postawił głośniej gitarę na ziemi. Od samego początku denerwowała go ta mała.
- Dzień dobry-wszedł radosny Dave- widzę, że zabieracie się do razu do pracy. Cudownie- zacierał ręce, spojrzał po minach chłopaków i zrozumiał, że w ciągu tej jednej minuty od ich przybycia, już doszło do spięcia. Nie próbował tego zmieniać, wiedział, że Sam wie co robi i mimo trochę niemiłej atmosfery, efekt końcowy będzie świetny.
Mimo lekko napiętej sytuacji, praca szła im wspaniale. Mieli już prawie skończony jeden kawałek. Popołudniu, kobieta musiała załatwić pewną sprawę w mieście, więc opuściła ich. Oni w tym czasie zamówili pizzę i siedząc wspólnie, rozmawiali.
- Mam dylemat. Ona jest okropna. Dosłownie!
- Odzywa się do nas takim tonem, że gdyby była facetem, to normalnie bym ją... no!
- Tylko, że jest też świetnym muzykiem. Ma ucho i spójrzcie jaki efekt mamy do tej pory.
- Skoro jej nazwisko ma być z tyłu płyty, to niech będzie chociaż milsza dla nas! Albo w ogóle podziękujmy jej za współprace. To ma być WSPÓŁPRACA, a nie jakiś terror, który wprowadza. Bo tak się czuję!
- Ona nie chce, żeby jej nazwisko pojawiło się na płycie – szybko zaczął bronić jej Dave.
- Jak nie... to po co to robi? Nie mów, że jest dobrą duszyczką, ma dobre serduszko –mówił z przekorą Brian.
- No po części nie. Ona po prostu to lubi i nie zależy jej na jakichś wyróżnieniach.
- No to żaden problem... możemy w takim razie jej podziękować za współpracę i problem z głowy. Kto jest za, ręka do góry- gitarzysta podniósł rękę jako jedyny- nie wierze... co jest z wami?!
- No bo... czemu mamy rezygnować z niej, dlatego, że ty nie możesz się z nią dogadać.
- Jak to tylko ja?! A wy?
- No bo jakbyś czasem trzymał język za zębami to by od razu było milej.
- No bez jaj... wracam do domu. Pa!– wyciągnął kluczyki z kieszeni.
- Nie zapomnij o dzisiejszej imprezie w The Brain- krzyknął za nim Matt.
- Będę... –wsiadł w samochód i ruszył.
Dla zespołu wieczór zapowiadał się bardzo przyjemnie. Picie ze znajomymi w klubie, plus koncert świetnie zapowiadającego się, młodego zespołu z ich miasta rodzinnego. Kiedy wszyscy zebrali się na miejscu, muzyka rozbrzmiewała już od jakiegoś czasu.
- Patrzcie! Czy to nie Sam?- próbując przekrzyczeć dźwięki gitar, zauważył Johnny. Z daleka widać było stojącą przy barze dziewczynę, która rozmawiając z jakimiś ludźmi bardzo się śmiała i uśmiechała.
- Czyli jednak potrafi. Już się bałem, że może miała jakieś porażenie nerwowe twarzy i nie potrafi przybrać przyjaznej miny- szyderczo zauważył główny gitarzysta.
- Ale jesteś na nią cięty... O! Matt! Jesteś mi winny 50$- zauważył Zacky.
- Za co?
- Mówiłeś, że na pewno nie ma faceta, bo kto mógłby wytrzymać z nią. A teraz spójrz w jej kierunku jeszcze raz- wszyscy ponownie się na nią popatrzyli. Od tyłu obejmował ją przystojny, wysoki mężczyzna z krótkimi włosami. Był prawie cały wytatuowany. Dziewczyna w tym momencie obróciła się do niego, dotykając lekko jego policzka, pocałowała go.
- Z nim też coś musi być nie tak, skoro godzi się na jej humorki. Idę do baru, chcecie coś?-zobaczył, że każdy ma co pić, więc poszedł sam. Za jednym razem wypił 3 drinki, a potem kolejnego już sączył. Stał obok migdalącej się wcześniej wspomnianej pary- jesteście obrzydliwi- był lekko podpity- poszlibyście gdzieś do hotelu, łazienki, a nie tak przy wszystkich – czknął.
- Co ciebie to obchodzi?-zareagowała Sam- zajmij się swoim drinkiem- wróciła do tulenia mężczyzny.
Koncert trwał, a Brian pił coraz więcej. W pewnym momencie słychać było jakąś szarpaninę.
- Ty dziwko! Nie będziesz mi wypominać ile już wypiłem!- donośny głos wysokiego faceta, zdawał się być blisko. Zaciekawiony gitarzysta wyglądał za ludzi, a tam odbywała się nieprzyjemna scena, gdzie Tony (chłopak Sam) trzymał mocno za ramiona dziewczynę i potrząsał nią.
- Zostaw mnie... jesteś pijany- próbowała się uwolnić. Hałas jaki powodował koncert, był tak głośny, że nikt poza Brianem tego nie widział- Ała, to boli! Tony! Uspokój się proszę…
- Nie rozkazuj mi!- mimo, że ledwo trzymał się na nogach, to nadal nie tracił siły. Kiedy ta jeszcze chciała coś powiedzieć, strzelił ją w twarz.
- Zostaw ją!- w obronie postawił się muzyk.
- A ty czego chcesz? Tez chcesz dostać?- odepchnął kobietę i startował do Briana.
- Po prostu masz ją zostawić!- ustawił się twardo na ziemi, jakby czekał na pierwszy cios. Te słowa zwróciły uwagę tłumu, który stał najbliżej.
- Nie mów mi co mam robić!- Tony oddał pierwszy cios, który rozpoczął bójkę nie do przerwania. Sam nie wiedziała co ma zrobić stała obok i próbowała przerwać to, ale nie była na tyle silna. Inni mężczyźni również próbowali, lecz zero skutku, dopiero kiedy cały zespół zainterweniował, udało się ich rozdzielić. Partner dziewczyny został zabrany przez znajomych z klubu, a Brian tkwił jeszcze w nim wzrok, był wkurzony.
Sam siedziała przy barze sama i trzymałą tylko woreczek z lodem przy policzku, który dostała od barmana.
- Wszystko ok?- podszedł do niej Matt.
- Tak jak najbardziej. Tony znów się zalał, uderzył mnie i jeszcze na dodatek pobił się z Brianem. Na prawdę wszystko super...
- Znów się zalał? To znaczy... – zanim skończył, odsłoniła przed nim swój bok, który był koloru fioletowo- zielonego. Wokalista nie wiedział co powiedzieć.
- Nieważne, zapomnij o tym... –wstała i podeszła do Briana, przyłożyła mu woreczek do skroni- tobie się bardziej przyda- i ruszyła w stronę wyjścia. Za nią pobiegł Matt. Kiedy wyszedł z klubu, nie widział jej. Lał bardzo gęsty deszcz. W końcu przyuważył pewne zarysy i pobiegł w tamtą stronę.
- Sam! czekaj! Gdzie idziesz?
- Do domu…
- Może weźmiesz taxowkę, przecież leje.
- To niedaleko, nie opłaca się- szła dalej, spojrzała za stojącym wokalistą- idziesz czy nie?- na te słowa mężczyzna ruszył i oboje niedługo później stali już w klatce, ociekając. Sam znalazła klucze i otworzyła drzwi do domu, mieszkała w uroczej kawalerce, wszędzie na ścianach wisiało pełno zdjęć i starych instrumentów- rozbierz się, bo się przeziębisz, wrzucę ciuchy do suszarki.
Wzięła od Matta ubrania, z których kapało i poszła włączyć suszenie w pralce. Swoje też tam dołożyła. Wróciła do niego w trakcie zakładania na koronkowy stanik jakiejś luźnej koszulki. Podała mu męskie spodnie i t-shirt.
- Czemu pozwalasz się tak kaleczyć...?- chcąc uniknąć tematu pocałowała go, długo i namiętnie.
Na chwilę odczepiła się od niego. Popatrzyła jeszcze w jego zielone oczy, aż kolejny raz ich usta się zetknęły. Dziewczyna rzuciła ubrania na ziemię i wodziła rękoma po jego gołej klacie. To samo robił Matt. Chwilę później wylądowali na rozłożonej i nigdy niechowanej kanapie.
Poł godziny później oboje leżeli nadzy na plecach przykryci kołdrą, patrząc się w sufit. Milczenie przerwał dźwięk pralki oznaczający koniec suszenia.
- Powinieneś już iść...
- Ale...
- Idź już...- z powrotem jej suchy ton wrócił. Mężczyzna już bez słowa, wstał, założył bokserki, wyciągnął swoje ciuchy, założył je. Niedługo później słychać było tylko dźwięk zamykających się drzwi.
Jooooł mogę komentować! Wcześniej na fb pisałam, że spodobała mi się pierwsza część, ale ta jeszcze bardziej:) Brian strzela fochy jak dziecko z przedszkola. Na szczęście zrehabilitował się, stając w obronie Sam. Już myślałam, że wiem, jak potoczy się dalej akcja, a ty wyskoczyłaś z Shadowsem. Like it <3 Biedny, po tym jak potraktowała go S. na pewno poczuł się wykorzystany;)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że planujesz kontynuację!
Buziole, Pat:)