środa, 2 kwietnia 2014

EPILOG

Na pogrzebie nie zjawiło się wiele osób, chociaż cała kaplica była wypełniona. Zjawili się znajomi z uczelni, przyjaciele oraz bliscy. Ci ostatni siedzieli w pierwszych ławkach i nikt nic nie mówił. Jej nagła i tragiczna śmierć nie dotarła jeszcze do wszystkich. Część dalej nie mogła uwierzyć, że w urnie przed nimi, znajdują się prochy Samanthy Jones. 22-letniej inżynier dźwięku. Córki, przyjaciółki, dziewczyny. 


Matt siedział i patrzył się przed siebie. Od momentu kiedy z jej rodzicami był w krematorium, zrozumiał, że to prawda, że to ją pożera ogień, że jej już nie ma. Od tego momentu, nic do niego nie docierało, nie odbierał żadnych bodźców, nie jadł, nie spotykał się z najbliższymi. Ani razu nie zapłakał, bo ból po stracie był na tyle silny, że żadne łzy nie równały się z uczuciem pustki jaka go rozpierała. Pustki, żalu, złości i rozpaczy. 


Mama Sam cicho szlochała w chustkę, a ojciec obejmował ją. Ceremonia była krótka. Kilka osób podjęło się przemowy na jej cześć. Dave wspominał jaką była studentką i przyjaciółką. Ojciec opowiadał o czasach jak była małym dzieckiem i bawiła się garnkami jako perkusji. Mimo wzruszających słów, nie był w stanie kontynuować, gdyż wezbrał w nim się szloch i płacz.


Z tyłu, w ciemnym rogu stał Tony i mimo tego jakim człowiekiem był, nie był w stanie powstrzymać łez. Obok niego stało dwóch strażników. Miał jednodniową przepustkę z więzienia. Nie starał się zwrócić na siebie uwagi, jednak czuł, że powinien pożegnać się z nią i przeprosić.


Ku zdziwieniu na podeście przed wszystkimi stanął ponownie Dave.
- Rozmawiałem kiedyś z Sam o tym jak szybko opuszczają nas bliscy. Często niespodziewanie, a często nawet spodziewamy się tego, a dalej nie możemy przygotować się na to zdarzenie. Powiedziała mi kiedyś coś, co wziąłem za żart, ale obiecałem jej, że to zrobię. Utworzyła na swoim komputerze playlistę o nazwie „pogrzeb”. Uważała, że jeśli kiedyś zdarzy się niespodzianka…- wytarł oczy- to nie chce, żeby grała jej tandetna trąbka czy żeby było słuchać szloch zebranych. Więc wymyśliła, żeby bez zbędnych słów, zagrać coś co wybrała dawno temu. A ja właśnie tu jestem, żeby spełnić jej prośbę. To był jej ulubiony utwór- kliknął play w odtwarzaczu podłączonym do głośników i poleciało Avenged Sevenfold „I won’t see you tonight pt. 1”.


Kiedy schowano urnę do rodzinnego grobowca, ludzie zaczęli się rozchodzić. Na ławce przed tablicą z jej umieniem siedział Matt. Nie wiedział ile już tak siedział. Nie obchodziło go to. Za jego plecami kręcili się chłopacy z zespołu. Nie mogli go tak zostawić. Mimo próśb i gróźb nie poruszył się, nawet kiedy zaczął padać deszcz.
- Stary… przeziębisz się… nic nie da siedzenie tutaj- powiedział Brian. Matt nic nie odpowiedział- wiem co czujesz, wiem, że masz teraz dość wszystkich…
- Nic nie wiesz!!! Nic nie rozumiesz!!! To moja wina! MOJA! I twoja… - przejechał dłońmi po twarzy- gdybyśmy niczego nie namieszali, ona dalej mogłaby żyć w LA. Nie musiałaby się wyprowadzać…- jego głos złamał się, a w oczach zabłysły łzy.
- To nie nasza wina…
- Zejdź mi z oczu- Brian dalej stał, więc ten go lekko pchnął- odpierdolcie się ode mnie wszyscy!- wyminął ich i ruszył przed siebie.


Od pół roku nie powstało nic na ich kolejną płytę. Nie koncertowali, nie udzielali wywiadów, a fani przewidywali rozpad zespołu. Wokalista leżał całymi dniami w swoim domu, a przy zasłoniętych oknach, na zmianę puszczał „I won’t see you tonigth pt. 1” i piosenkę, przy której pierwszy raz Sam maczała palce na ich nową płytę. Przypominał sobie to zaangażowanie dziewczyny, jakie wkładała w ich pracę. Jak bardzo troszczyła się aby wszystkie dźwięki skupiały się w idealny utwór. Dopieszczała każdą milisekundę. Zależało jej na tym albumie, jakby był jej własnym. I wtedy do niego dotarło. W pewnym momencie Matt wstał i sięgnął po komórkę. Wybrał numer do managera zespołu i zadzwonił.
- Larry… słuchaj… potrzebne nam studio… będziemy nagrywać.